Jeszcze się raz obudzić IV

Jeszcze się raz obudzić

We now present, after a long illness the fourth part of a text by Luiza Poznańska. She lives and works in Poznan and Sopot. The first one you can find here. The second one here. And the 3rd here. 

8.

Obudziła się gwałtownie łapiąc ustami powietrze, jak wyciągnięta z wody ryba. Znowu mokra całą, jakby się posiusiała. Oboma dłońmi trzymała się za głowę, jak ktoś, kto leży na podłodze, a nad nim stoi zgraja bandytów, którzy go kopią. Podczas gdy inni się z daleka przyglądają. Z mieszaniną przerażenia i niezdrowej fascynacji. Niektórzy protestują. Ale jakby pro forma tylko. Bez przekonania. Czy o tym właśnie śniła? Nie. Chyba nie. A zatem o czym? Nie mogła sobie przypomnieć. I dobrze, po co wspominać koszmary? Lepiej skupić się na rzeczywistości. Ta zaś przypominała o palącej potrzebie. A więc się nie posikała, tylko spociła. Dobre i to. Choć dziwne, pomyślała, jak potrzeba tak płynna może być jednocześnie paląca? Nieważne, bo jak czegoś zaraz z tym nie zrobi, to rzeczywiście się zleje. Wstała i ruszyła omackiem w stronę drzwi. To też ją zdziwiło, to słowo, omackiem. Zwykle tak nie mówi. Zwykle mówi po omacku. Nawet nie jest pewna, czy to omackiem to w ogóle poprawnie jest. Musiałaby zajrzeć do słownika. Tylko nie teraz. Nie zna tej formy, więc skąd się wzięła w jej głowie? Może ze snu? Albo to ona nie jest sobą? No i co to właściwie znaczy? Omackiem czy po omacku, czyli co, w ciemności? Przecież z tego, co pamiętała, zwykle śpi przy włączonym świetle. Bo przecież boi się ciemności. Ale pamięć, wiadomo, rzecz zawodna. Jak śnienie zmienna, ulotna. Naraz przypomniał jej się ten zapomniany, przed chwilą przerwany sen. Ten mężczyzna w garniturze, który był podobny do jej nauczyciela chemii z liceum. Straszny był typ z niego. Należał do partii i posługiwał się sowiecką nowomową. Nie lubił jej. Kiedyś osaczył ją na osobności i powiedział, że jeśli matka i ojciec nie potrafią jej wychować, to socjalistyczne państwo musi się tym zająć. Miał na myśli siebie. Ale nie tylko ona miała z nim kłopoty, wszyscy mieli. Jednej dziewczynie to nawet prawie wybił oko. Bo miał taki zwyczaj, żeby ludzi zaskakiwać. Żeby się bali.

KażdÄ… lekcjÄ™ rozpoczynaÅ‚ od odpytywania kogoÅ› na stopieÅ„ przy tablicy. Wszyscy przed tym trzęśli portkami. Albo sukienkami. Bo nawet ci, którzy caÅ‚kiem nieźle sobie z tÄ… chemiÄ… radzili, wymiÄ™kali, kiedy ciskaÅ‚ w nich, niczym przystrojony w kolorowÄ… spódniczkÄ™ z piór wojownik z buszu, dzidÄ…. To znaczy niespodziewanym poleceniem. Zwykle wyglÄ…daÅ‚o to tak: “Pazdro, numer 134. Odpowiedź proszÄ™.” To wszystko, co mówiÅ‚. Å»adnych wyjaÅ›nieÅ„. Każdy wiedziaÅ‚, że chodzi o zbiór zadaÅ„ z chemii, którego autorem byÅ‚o jakiÅ› Pazdro. Po kilku latach nieustannego waÅ‚kowania, caÅ‚a klasa znaÅ‚a te zadania niemal na pamięć. Ale żeby pamiÄ™tać, jaka byÅ‚a treść tego akurat zadania, numer 128? I nie pomylić go z zadaniem numer 127 albo 129? To już maÅ‚o kto potrafiÅ‚. Dlatego wszyscy siÄ™ modlili, żeby na nich nie padÅ‚o. Chemik dobrze o tym wiedziaÅ‚, dlatego przeciÄ…gaÅ‚ tÄ™ chwilÄ™, cieszyÅ‚ siÄ™ ich strachem. Jak Dżugaszwili, syn Wissariona, na posiedzeniu komitetu bezpieczeÅ„stwa. Åšwir jeden. Teatralnym krokiem szedÅ‚ miÄ™dzy rzÄ™dami od tyÅ‚u klasy ku przodowi i mówiÅ‚: A dziÅ› do odpowiedzi pójdziesz – powtarzaÅ‚, ale na nikogo na razie nie wskazywaÅ‚. NapiÄ™cie rosÅ‚o. Aż w pewnym momencie robiÅ‚ zwrot przez lewy albo prawy bark i strzelaÅ‚ palcem w jakÄ…Å› nieszczęśniczkÄ™. Albo nieszczęśnika. To znaczy gwaÅ‚townym gestem wyrzucaÅ‚ przed siebie rÄ™kÄ™ w wyciÄ…gniÄ™tym palcem wskazujÄ…cym. No i raz tak siÄ™ zdarzyÅ‚o, że przesadziÅ‚. Źle oszacowaÅ‚ odlegÅ‚ość i wetknÄ…Å‚ ten swój wstrÄ™tny paluch jednej z dziewczyn w oko. Tej najwyższej z nas.

Wszystko to w jednej chwili stanęło jej przed oczyma, kiedy szła przez ciemny pokój ku drzwiom. Na koniec przypomniała sobie to, co ten mężczyzna we śnie, podobny do jej nauczyciela, pisał na tablicy. Chwilę przedtem, zanim symbole chemiczne zmieniły się w słowny komunikat. W tamtej, sennej rzeczywistości, widziała wzór dokładnie, rozpisaną na atomy strukturę, ale nie potrafiła go rozpoznać. Teraz, choć samego wzoru już nie widziała, wiedziała, o co w nim chodziło – o płyn Lugola. Po awarii reaktora w Czarnobylu w 1986 roku nazywany przez dzieci radziecką coca-colą. Bo gorzki w smaku. I co, od tego się taka mokra zrobiła? Możliwe, bo nawet teraz wpadła w panikę, przypominając sobie tamte czasy. Tamten strach. Albo wcześniejszy. Strach, który towarzyszył jej narodzinom. Bo przyszła na świat w listopadzie 1962 roku. W decydującym momencie kryzysu kubańskiego. Kiedy świat od zagłady dzieliła chwila tak krótka, jak czas potrzebny na to, by pociągnąć za wajchę. Nacisnąć włącznik. Guzik uwalniający rakietę z ładunkiem jądrowym.

Pod wpływem paniki odruchowo rzuciła się do przodu. Jednak tam, gdzie spodziewała się znaleźć otwarte drzwi, natrafiła nosem na zamkniętą ścianę. Czyżby znowu drzwi były, pomyślała z irytacją, masując obolały nos, w innym miejscu? Nie dosyć tej zabawy? Odszukała włącznik i zapaliła światło. Rozejrzała się dokoła. Raz, drugi, trzeci. I jeszcze kilka razy. Po czym przetarła oczy ze zdumieniem. Uszczypnęła się w ramię, by sprawdzić, czy czasem nie śni. Ale wyglądało na to, że tym razem wszystko to już dzieje się na jawie. Jeśli takowa w ogóle istnieje. Bo zabolało. Tylko pokój nie wyglądał tak, jak w rzeczywistości powinien. Nie było drzwi. Żadnych drzwi. Na żadnej ze ścian. Ani okna nawet nie było. Jak w jakimś schronie. Dobrze, że chociaż ściany są. Bo bez tego byłoby zimno jak na Syberii. Dobrze, że prąd jest, że żarówka, bo bez tego nic by nie widziała. Nie jest przecież jedną z tych kobiet, z tej powieści o kobietach, które potrafią same z siebie generować energię elektryczną. Zadawać nią ból albo śmierć. W zależności od potrzeb. I dzięki temu zdobyć władzę nad facetami.

To be continued…..

Text ©Luiza Poznańska
Pics DALL•E
Prompts by Zenvampires

Jeszcze się raz obudzić III

Jeszcze się raz obudzić

Here we present the 3rd part of a text by Luiza Poznańska. She lives and works in Poznan and Sopot. The first one you can find here. The second one here.

5.

Obudziło ją jak zwykle światło. Oraz dokuczliwe parcie na pęcherz. Też jak zwykle. Jedyna odmiana to owo niepokojące pytanie, kto śpi z klamką w łóżku. To znaczy z łomem. Kto śpi z łomem w pościeli, z klamką w ręku. Jakoś tak. Słyszała je we śnie, lecz obudziła się, zanim poznała odpowiedź. Może zresztą nie miało być żadnej odpowiedzi? Może dlatego właśnie tak gwałtownie się obudziła? Ale nie czas teraz na takie pytania, pomyślała, bo terror nabrzmiałego pęcherza radykalnie zawężał pole walki. Jak zwykle więc wstała i skierowała się do drzwi. To znaczy chciała się skierować. Ale okazało się, że nie ma dokąd. Bo drzwi nie było. To znaczy były. Ale w innym miejscu. Jak zwykle. W tym, gdzie przedtem było okno. Tylko że to drugie, przy łóżku. Jak to możliwe? Nie wiem i nie będę się teraz nad tym zbyt głęboko rozwodziła, uznała, bo jeszcze chwila i się posikam. A poza tym pewnie i tak niczego mądrego nie udałoby się wymyślić. Bo nawet jeśli to nie jest możliwe, to co niby z tego? Jeśli i tak trzeba się z tym realnie zmierzyć. Jak z każdym problemem. Chwyciła łóżko, które blokowało dostępu do drzwi, pociągnęła. O dziwo, nie stawiało wielkiego oporu, dało się całkiem łatwo na bok odsunąć. Tak, że mogła podejść i pociągnąć za klamkę. Ale ta, mimo że ciągnęła energicznie, czegoś się nie dała. Co, znowu atrapa? Przyjrzała się uważnie. Nie, klamka prawdziwa, bez dwóch słów. Zebrała się w sobie i pociągnęła mocniej. I jeszcze raz, jeszcze mocniej. I chyba w końcu przesadziła. Bo klamka w odpowiedzi się urwała i została jej w dłoni. Dłoń wraz z zaciśniętą w niej klamką, resztą przedramienia, poleciała na podłogę. Toczyła się po niej z łoskotem, aż znikła gdzieś pod łóżkiem. Ten hałas znowu ją obudził.

6. 

Co to za raban, pomyślała, ale niczego nie mogła dostrzec w ciemności. Uświadomiła sobie, że potwornie chce jej się siusiu, i że to pewnie nie żaden hałas, tylko ciśnienie wewnętrzne ją obudziło, zmieniwszy tylko kanał percepcji zmysłowej z interoceptywnego na słuchowy, jak to się często w takich na pół rzeczywistych, na pół sennych sytuacjach zdarza. Wstała i podeszła do drzwi. Te, ku jej zaskoczeniu, owszem, były na swoim miejscu. Tyle że zamknięte. Dziwne, bo przecież nigdy nie zamyka na noc drzwi od pokoju. Bo po co by to miała robić? Przecież mieszkała sama. W dodatku nie mogła wymacać klamki. Bo i czym?

Przypomniała sobie, że przecież nie ma ręki. To znaczy ma, ale nie wiadomo, gdzie. Trzeba poszukać. Tylko jak, po ciemku? Właściwie, dlaczego tak tu ciemno? Czy to normalne? Trzeba zapalić światło. Choćby łokciem. Tylko czy włącznik nie znajdował się po drugiej stronie? Po drugiej, to znaczy po której? Co to w ogóle za pytanie? Po drugiej stronie czego? Ściany, drzwi, snu, łokcia?

Dosyć tego, zdenerwowała się. Dosyć tych bzdur. Dosyć mówienia do siebie. Zamknij się! – krzyknęła w końcu. Rozwścieczona płonnością tych apeli. Postanowiła się nie patyczkować, wziąć drzwi z zaskoczenia. Niewiele myśląc, natarła na nie z byka. To znaczy niezupełnie bykiem, bo barkiem uderzyła, żeby sobie nie rozbić głowy. Taki byk to ma twarde rogi, a ona co, włosy tylko. Farbowane, żeby siwego nie było widać. Raz, drugi, trzeci. Początkowo niewiele udawało jej się zdziałać. Lecz desperacja, napędzana coraz trudniejszym do wytrzymania ciśnieniem na pęcherz, rosła wyraźnie. No i za którymś wreszcie razem drzwi puściły. I to tak niespodziewanie, że wraz z nimi wyleciała z impetem na korytarz. To znaczy niezupełnie na korytarz. A raczej zupełnie nie na korytarz. Korytarza bowiem nie było. Niczego za tymi drzwiami nie było. To znaczy było, ale takie coś, co jakby niczym było. Otchłań jakaś bezdenna, przepaść, w którą leciała jak spadochroniarka, która właśnie sobie uświadomiła, że musiała zajść jakaś pomyłka. Bo ona przecież nie jest żadnym spadochroniarzem. I że najwyraźniej wypchnięto z samolotu niewłaściwą osobę. W dodatku bez spadochronu ani niczego, czego by się można było uchwycić. Czym można by spróbować to wszystko przywołać do porządku. Wyłączyć. Nawet łomu w garści.

7.

Obudziła się cała mokra. Ze strachu chyba, bo przecież się nie zsikała. Gdyby była się zsikała, to nie chciałoby jej się tak bardzo, jak jej się chciało. Ucieszyła się, że nawet obudzona w środku nocy potrafi myśleć logicznie. I że trzeba wstać i udać się do łazienki, zdecydowała. Podeszła do drzwi. Idąc jeszcze, zauważyła coś dziwnego. Nie, że drzwi zamknięte. Bo to też dziwne. Ale mniej. Bardziej zaniepokoiło ją to, co pod drzwiami zauważyła. Rosnącą kałużę jakiejś cieczy. Woda? Czyżby zostawiła otwarty kran w łazience? A może rura poszła? Coś wyraźnie sączyło się ze szpary między drzwiami a podłogą. Gorzej, bo kiedy się temu bliżej przyjrzała, woda tryskała już ze szpar po obu stronach drzwi, jakby korytarz po sufit był wodą zapełniony. Sięgnęła ręką do klamki, ale zamarłą wpół ruchu. Bo nie wiedziała, co zrobić, otworzyć, czy raczej przeciwnie, docisnąć skrzydło do futryny, napierając na nie całym ciałem.

Zanim zdążyła się zastanowić, drzwi za nią zdecydowały. Odskoczyły i uderzyły z taką mocą, że odrzuciło ją na środek pokoju. A po chwili potężna struga wlewającej się przez otwarte drzwi wody cisnęła nią dalej, o ścianę. Kiedy się ocknęła, krztusiła się wodą, w której się unosiła. Brakowało jej tlenu. Pomyślała, że to koniec. Że umiera. Zaczęła gwałtownie machać rękoma i płynąć w górę, lecz zanim zdołała się wynurzyć, z impetem uderzyła głową w sufit. Ten rozbił się na kawałki. Ucieszyła się, że ma taką mocną głowę. Bo inaczej kiepsko by to wyglądało. Spojrzała w górę i zamarła. Sufit był cały. To co, głowa jej się rozbiła? Zaczęła się macać po czaszce, ale wszystko wydawało się na swoim miejscu. Bólu też żądnego nie czuła. Spojrzała jeszcze raz pytająco na sufit, a ten na jej oczach zmienił kolor, z białego na czarny. Był teraz tablicą, na której jakiś mężczyzna, jak nauczyciel w klasie, coś pisał. Jakiś wzór. Nauczyciel wysoki, w ciemnym garniturze, twarzy nie widać, bo stał tyłem do niej, przodem do tablicy. Skąpy zarost na głowie, właściwie to prawie łysina. Miała wrażenie, że go zna, ale nie wiedziała skąd. Rozpoznawała symbole i już chciała je zamienić w jakiś sens, gdy naraz zniknęły i w ich miejsce pojawiły się na tablicy słowa. Albo się obudzisz i pójdziesz do łazienki, albo zmoczysz łóżko. Tak mówiły słowa. Po rosyjsku zapisane. Mężczyzna odwrócił się do niej twarzą i wtedy go rozpoznała. Poczuła paniczny strach.

To be continued…..

Text ©Luiza Poznańska
Pics DALL•E
Prompts by Zenvampires

Jeszcze się raz obudzić II

Jeszcze się raz obudzić

Here we present the second part of a text by Luiza Poznańska. She lives and works in Poznan and Sopot. The first one you can find here.

3.  

Co jest, pomyślała z niepokojem, dlaczego w pokoju pali się światło? Czyżbym zapomniała je zgasić, kiedy kładłam się spać? Nie, to przecież niemożliwe. Nie zasnęłabym przy takim świetle. Ki diabeł więc? Rozejrzała się po pokoju, jakby szukała sprawcy. Ale w pokoju nikogo. Poza nią. Postanowiła zatem chwilowo odłożyć rozwiązanie tego problemu na później, bo chciało jej się siusiu. I to jak! Wstała i ruszyła do drzwi, i dopiero kiedy już niemal do nich doszła, zorientowała się, że doszła do czegoś, czego nie ma. To znaczy drzwi nie ma. To znaczy są, ale nie w tym miejscu, co zwykle. Znalazły się na innej ścianie. Nie na wprost łóżka, tylko po prawej. Tam, gdzie kiedyś okno było. W dodatku zamknięte. Podeszła i pociągnęła za klamkę. Ta, ku jej zdziwieniu, ani drgnęła. Jakby nie była klamką, lecz jakąś wykutą w metalu atrapą. Przyjrzała jej się dokładnie i stwierdziła, że rzeczywiście, że to atrapa. Znała się na tym, bo odebrała techniczne wykształcenie, a od jakiegoś czasu jako inżynier pracowała w sektorze zbrojeniowym, w firmie produkującej klamki i różne takie. Nie ma mowy, stwierdziła autorytatywnie, żeby się dała przekręcić, i że prędzej by ją urwać można było, gdyby tylko dysponować jakąś ponadludzką siłą. Albo łomem.

Właśnie, łomem. Że też jej to od razu nie przyszło do głowy. Wróciła do łóżka, pochyliła się i wyciągnęła łom spod kołdry. Solidny, długi, metalowy. Chwyciła go mocno w obie dłonie i wróciła z nim do drzwi. Stanęła nad klamką, uniosła łom wysoko ponad głowę. Już miała uderzyć, gdy naraz dotarła do niej cała absurdalna zagadkowość tej sytuacji. Skąd wziął się łom w jej łóżku? Kto śpi z łomem pod kołdrą? I przede wszystkim, skąd wiedziała, że go tam znajdzie?

Naraz przypomniaÅ‚ jej siÄ™ ten sylwester sprzed lat. To znaczy dwa sylwestry. Ten pierwszy, z klamkÄ…. I drugi, z maseczkÄ… w tle i dystansem. To podczas tego drugiego nudziÅ‚a siÄ™ i zapisaÅ‚a to wspomnienie o pierwszym. “Misie noworoczne”, taki tytuÅ‚ temu zapiskowi nadaÅ‚a. BrzmiaÅ‚ tak:

4. 

Ciekawe, jak to w tym roku będzie. Z tym Sylwestrem i witaniem Nowego. Niby coś niezwykłego, ale czy to po raz pierwszy? W 1981 też tak było. To znaczy podobnie.  W sensie, że nie wolno się było przemieszczać ani gromadzić. Bo ulice od 13 grudnia należały nocą do wojska. Wojna postu z karnawałem, komuny z Solidarnością i całą resztą. Imprezę urządzałyśmy sobie w kilka osób, w małym mieszkaniu typu m-4, w osiedlowym bloku. Niektórzy przynieśli ze sobą materace, bo myślałyśmy, że trzeba będzie do rana siedzieć. Siedzieć a potem leżeć, gdzie popadnie. Bo ta godzina, milicyjna czy jakaś. W ostatniej chwili ją odwołano. Na tę jedną noc. No ale w sumie, po co łazić po nocy? W dodatku po pijaku? 

Mimo pewnych obaw, bo wiadomo, czasy niewesoÅ‚e, bawiÅ‚yÅ›my siÄ™ jak zwykle. Czyli dobrze. Wtedy, 31 grudnia 1981 roku. Na caÅ‚ego, nie na żadne pół gwizdka. SzampaÅ„sko i z przytupem. I jak zwykle, któryÅ› z sÄ…siadów w koÅ„cu zadzwoniÅ‚ po milicjÄ™. Pewnie ten ormowiec z parteru. Przyszli. Nie milicja, tylko żoÅ‚nierze. Czyli tak bardziej na poważnie. Uzbrojeni. Ale bez heÅ‚mów. Normanie, w pluszowych czapkach z podniesionym daszkiem i wielkimi nausznikami, tasiemkÄ… pod brodÄ… zawiÄ…zanymi. Dwóch przyszÅ‚o, starszy i mÅ‚odszy. ByÅ‚o już koÅ‚o trzeciej. Zadzwonili do drzwi, ale nikt nie usÅ‚yszaÅ‚. WiÄ™c nie byÅ‚o nawet: – Jeb, jeb! – Kto tam? – Harcerze. – O tej porze harcerze? Nie wierzÄ™. – Otwieraj chamie, ZOMO nigdy nie kÅ‚amie. ZapomnieliÅ›my zamknąć, weszli sami. Na poczÄ…tku byÅ‚o trochÄ™ nieprzyjemnie. Bo kazali wyÅ‚Ä…czyć muzykÄ™ i takie tam. Jak to zwykle w takiej sytuacji. Ale żoÅ‚nierz też czÅ‚owiek, nawet jeÅ›li reżimowy. A czÅ‚owiek, wiadomo, zawsze spragniony. ZwÅ‚aszcza w sylwestrowÄ… noc. A nam wódki nie brakowaÅ‚o, wÅ‚aÅ›ciwie to już wszyscy miaÅ‚yÅ›my jej dosyć, wiÄ™c daÅ‚yÅ›my im siÄ™ napić. UsiadÅ‚yÅ›my z nimi przy jednym stole. Ten starszy byÅ‚ mÅ‚odszy. To znaczy mÅ‚odszy z dwóch żoÅ‚nierzy byÅ‚ starszy rangÄ…. WiÄ™cej miaÅ‚ tego gówna na ramionach. Znaczy belek czy czegoÅ› tam. ByÅ‚ też dużo wiÄ™kszy od tego drugiego, jakiÅ› taki misowaty. I miÅ‚y do tego, jak siÄ™ szybko okazaÅ‚o. Swój chÅ‚op, jak to mówiÄ…. Choć prosty. RozmawialiÅ›my o tym, jak to w wojsku jest. W ogóle i teraz, w stanie wojennym. Sypali anegdotkami i wychylali kieliszki, jakby w fabryce przy taÅ›mie robili, machinalnie, raz za razem. Chyba dobrze siÄ™ z nami bawili, zdjÄ™li czapki, pÅ‚aszcze i tak dalej. To znaczy dalej to wÅ‚aÅ›ciwie nie pamiÄ™tam.

Obudziłam się wcześnie, jakimś ciemnym, zimowym świtem. Ciśnienie mnie obudziło i kazało szybko biec do łazienki. Szybko, ale też ostrożnie, by nie nadepnąć śpiących na podłodze. Kiedy się załatwiłam, wróciłam do pokoju. I tam mnie dopadł. Trampek w ryju, jak to chłopcy określali. Normalnie Sahara jakaś. Albo Błędowska. Kac mnie dopadł. Napić się, natychmiast! Tylko czego? Poszłam do kuchni, otworzyłam lodówkę. Wyglądało na to, że jakimś cudem wszystko nam się udało wytrąbić. W końcu gdzieś na podłodze znalazłam butelkę z niedopitym piwem. Bo puszek wtedy nie było. Mówiło się, że socjalistyczna gospodarka dobra jest w stali, ale tylko tej grubej, do czołgów. Produkcja cienkiej blachy, takiej jak do puszki z kokakolą, jakoś nam nie wychodziła. Podobnie jak produkcja tego napoju. Jakaś polokokta wychodziła, brunatna jak Miś. Film taki. Z tego samego, 1981 roku. To znaczy jak łycha z tego filmu. Ruda, jakby na myszach.

WróciÅ‚am do pokoju, usiadÅ‚am w fotelu, podniosÅ‚am butelkÄ™ do ust. I wtedy jÄ… zobaczyÅ‚am. KlamkÄ™. LeżaÅ‚a na stole, tak po prostu. PoÅ›ród niedopitych kieliszków, pustych szklanek i butelek, nie do koÅ„ca opróżnionych półmisków z ziemniaczanymi, jajecznymi, Å›ledziowymi saÅ‚atkami, brudnych talerzy z niedokoÅ„czonymi kromkami chleba z masÅ‚em. W skórzanej kaburze nanizanej na gruby, wojskowy pas z metalowÄ… klamrÄ…. UsiadÅ‚am w fotelu, podniosÅ‚am, odpięłam, wyciÄ…gnęłam. Ciężka, jakby z prawdziwej stali byÅ‚a. Pewnie byÅ‚a. Czego siÄ™ spodziewaÅ‚am? Å»e z plastiku? ChÅ‚odna w dotyku i Å›liska. Jak jakiÅ› wąż. Nigdy wczeÅ›niej nie miaÅ‚am czegoÅ› takiego w rÄ™ku. OtworzyÅ‚am usta, wsunęłam. Nie, co za pomysÅ‚! Wysunęłam, przed siebie. WymierzyÅ‚em do żoÅ‚nierza, który spaÅ‚ na kanapie. To znaczy obaj tam spali. Nie pamiÄ™tam, do którego konkretnie. Do obu naraz? ZastanawiaÅ‚am siÄ™, czy ich strzelić. Choć może niezupeÅ‚nie na serio – bo chyba wiedziaÅ‚am, że tego nie zrobiÄ™. Nawet nie odbezpieczyÅ‚am. Nie widziaÅ‚em też, czy trzeba przeÅ‚adować. Ani jak to zrobić. Bo i skÄ…d? ZajÄ™cia z przysposobienia do życia obronnego mieli tylko chÅ‚opcy. Poborowi. ByÅ‚a to zatem raczej gra z wyobraźniÄ…, zabawa, nie poważny pomysÅ‚. No bo jakbym ja, zadeklarowana pacyfistka, miaÅ‚a kogoÅ› życia pozbawić? Nawet jeÅ›li na to zasÅ‚ugiwaÅ‚? Ale czy rzeczywiÅ›cie zasÅ‚ugiwaÅ‚? Przecież w sumie to prawie nic o nim nie wiedziaÅ‚am. Ani o jednym, ani o drugim misiu. WiÄ™c bardziej chyba zastanawiaÅ‚am siÄ™ nad tym, próbowaÅ‚am sobie wyobrazić, jak by to byÅ‚o, gdybym ich strzeliÅ‚a. Co by to w moim życiu zmieniÅ‚o? Albo w tej sytuacji tylko? Bo wszystko tu takie jakieÅ› niedokoÅ„czone, niejasne, niejednoznaczne – i naraz proszÄ™ – taki zdecydowany, definitywny akt na sam koniec. Jak seta mocnej wódy zamiast drinka z kolÄ…. Jak wypchniÄ™cie z pociÄ…gu tego obcego kolesia, przez Lafcadia, u Gide’a. Akt filozoficznej bezradnoÅ›ci. Czyn bezzasadny, a zarazem zasadny, bo polityczny.

Tak sobie rojąc zasnęłam. Tak jak siedziałam, w tym fotelu. Pierwsze, co zobaczyłam, kiedy się obudziłam, to ten starszy. Nie wiekiem, tylko belkami. Ten niby bardziej miły. Stał z pałą nad moją głową. A ten młodszy chwycił mnie za klamkę. Od tamtej noworocznej nocy nic już nie było tak, jak kiedyś. Wszystko inaczej. Jakbym kimś innym się stała. Jakbym coś ważnego utraciła. A zarazem zyskała. Nie potrafię zdecydować. W każdym razie to był mój pierwszy raz, z tą klamką. Miałam wtedy 19 lat. I byłam piękna. Dziś, 31 grudnia 2020, to już pewnie pięćdziesiątka na karku będzie. I to z okładem. Z jednej strony, dużo się przez ten czas zmieniło. Z drugiej jednak, niewiele. Może nawet nic. Zwłaszcza te dwa sołdaty. Jak stali, tak dalej nade mną stoją. Gdzie tylko się obudzę, oni już tam są.

To be continued…..

Text ©Luiza Poznańska
Pics DALL•E
Prompts by Zenvampires

Jeszcze się raz obudzić

Jeszcze się raz obudzić

Here we present a text by Luiza Poznańska. She lives and works in Poznan and Sopot. It is the first part of a multi-part series that we are proud to present to you.

  1.  

Obudziła się w pełni świadoma ultimatum, jakie jej postawiono. Albo wstaniesz i pójdziesz, wiesz gdzie, albo – sama wiesz. Tak to mniej więcej brzmiało, białą kredą na czarnej tablicy wypisane. To znaczy nie od razu. Bo najpierw był jakiś wzór chemiczny. Na tej tablicy. Nie zapamiętała, jaki konkretnie. Zapamiętała za to, że wzór chwilę po zapisaniu – kto to zrobił, tego też nie pamiętała – zamienił się w słowny komunikat. Nie wiedzieć czemu, cyrylicą, po rosyjsku sformułowany. Prosty, bezwzględny w treści. Nie było sensu się spierać. Posłusznie wstała i podeszła do drzwi, którymi zwykle wychodziła z pokoju na korytarz, by stamtąd przejść dalej do łazienki. Drzwi były zamknięte. Dziwne, nigdy ich przecież nie zamykała na noc. No bo po co? Żeby się udusić? Nic to. Zamknięte, trzeba rozewrzeć, prosta sprawa. Chwyciła za klamkę, nacisnęła, popchnęła. Drzwi ani drgnęły. No tak, zreflektowała się, i tym razem pociągnęła. Otworzyły się, owszem, ale tylko trochę. Pociągnęła mocniej i poczuła, że się zablokowały. Szpara między ościeżnicą a skrzydłem była na tyle szeroka, by wetknąć tam rękę. Albo dwie. Może nawet głowę. Ale zbyt wąska, by się przez nią przecisnąć. Wetknęła w szparę lewą stopę, zaparła się i jeszcze raz, tym razem mocniej, pociągnęła. Nic z tego. Co też mogło je, pomyślała, zablokować?

Drugą, wolną dłonią sięgnęła do kieszeni bluzy, w której spała, wyciągnęła telefon. Nacisnęła i pojawił się ekran blokady, z dużym, analogowym zegarem. Bo tak sobie ustawiła. Zegar wskazywał kilka minut na czwartą. Przesunęła palec wskazujący tak, by znalazł się na czytniku z tyłu telefonu. Ekran blokady zmienił się w ekran startowy. Wetknęła telefon w szparę i skierowała wyświetlaczem w dół, ale to niewiele dało. Nadal nie widziała, co z tymi drzwiami. Światło było za słabe. Odwróciła telefon w dłoni i poszukała ikonki uruchamiającej funkcję latarki. Ale kiedy ją naciskała, telefon wysmyknął jej się i poleciał na podłogę. Uderzył o coś z hałasem i zgasł.

Nie puszczając klamki, schyliła się i pozwoliła lewej dłoni zjechać po krawędzi skrzydła do podłogi. Próbowała wymacać telefon. Przy okazji natknęła się na to coś, co wcisnęło się między drzwi a podłogę. Dotknęła, nacisnęła. Miękkie od spodu, z wierzchu kościste. Co by to mogło być? Przebiegła palcami. Kształtem jakby członek. Pancerzyk na czubku. Zimne u nasady. Metal? Obrączka? Chwyciła mocniej, ścisnęła, aż dotarło do niej, że trzyma w ręku paluch. Swój własny, od prawej stopy. Poczuła krew pod palcami. I wtedy dopiero odezwał się ból. Z opóźnieniem, za to ze zdwojoną mocą. Zawyła, próbując jednocześnie wyrwać stopę spod drzwi. I to wreszcie, ten krzyk, ten ból, wszystko naraz, ją obudziło.

 

  1. UsiadÅ‚a na łóżku z uczuciem pustki w gÅ‚owie. WiedziaÅ‚a, że coÅ› siÄ™ staÅ‚o. Ale co? JakaÅ› klamka, jakiÅ› – naraz przypomniaÅ‚a sobie. Krew na palcach! W panice chwyciÅ‚a siÄ™ za prawÄ… stopÄ™. Krwi ani Å›ladu, bólu też już żadnego nie czuÅ‚a. Odetchnęła z ulgÄ…. A wiÄ™c to byÅ‚ tylko sen. Dla pewnoÅ›ci sprawdziÅ‚a też lewÄ… stopÄ™. Nic. A wiÄ™c sen. Albo jakiÅ› nagÅ‚y atak tej niby królewskiej choroby, dny moczanowej. Atak, który na chwilÄ™ siÄ™ rozszalaÅ‚ i ustaÅ‚ zaraz po tym, jak udaÅ‚o mu siÄ™ jÄ… obudzić. Bo do królestwa Å›nienia przynależaÅ‚. Sen, zdolny koleÅ›, nie takie figle pÅ‚atać potrafi. OczywiÅ›cie nie dla zabawy, ma w tym jakiÅ› swój cel. W tym wypadku chodziÅ‚o – tu poczuÅ‚a, jak bardzo chce siÄ™ jej siusiu i zrozumiaÅ‚a od razu, że o to wÅ‚aÅ›nie chodziÅ‚o – żeby siÄ™ do łóżka nie zlaÅ‚a. Tyle razy już sobie mówiÅ‚a, że trzeba skoÅ„czyć z tym zwyczajem picia wina przed snem. MówiÅ‚a rano, wieczorem zapominaÅ‚a. WiÄ™c jest, jak jest.

Nie zwlekając wstała i ruszyła do drzwi prowadzących do korytarza, wystawiając przed siebie obie ręce. Ale szybko się zreflektowała, że samo wyciągnięcie nie wystarczy. Że lepiej machać. Bo przypomniała sobie, jak ktoś kiedyś jej opowiadał, że też tak szedł w ciemności w stronę drzwi, że z ostrożności wystawił przed siebie ręce, po czym wszedł w te drzwi tak, że jedna ręka była po ich lewej, druga po prawej drzwi stronie, i zanim się zorientował uderzył twarzą w krawędź skrzydła. Rozcinając sobie obie wargi i tracąc ząb. Jeden albo dwa, nie była pewna. Ale jej drzwi były zamknięte, o czym się przekonała, kiedy machając rękoma natrafiła na ich powierzchnię. To z jednej strony dobrze, przynajmniej nie zrobi sobie krzywdy. Z drugiej, dziwne. Przecież powinny być otwarte. Ale mniejsza o to. Przesuwając dłonią po drewnie wymacała klamkę. Chwyciła za nią i poczuła zimny metal pod palcami. Jak błyskawica, skrajem dzikich pól jawy przeleciała jej ta obrączka ze snu. Nacisnęła. I nic. Nawet żeby dłoń wetknąć. Chociaż palec. Zero reakcji. Jakby na klucz zamknięte. Ale jak to, przecież nie miała klucza, więcej, te drzwi nigdy nawet zamka nie miały. Więc jak można by je było zamknąć? Pociągnęła jeszcze kilka razy za klamkę, za każdym razem z tym samym skutkiem. Włączyła światło, żeby lepiej się przyjrzeć i ta jasność ją wreszcie na dobre obudziła.

To be continued…..

Text ©Luiza Poznańska
Pics DALL•E
Prompts by Zenvampires

SLOW DOWN. PLEASURE UP.

SLOW DOWN. PLEASURE UP.

©by Yuki K.

„Ich mache was die anderen tun. 
Und das ist nicht sehr viel“

Berlin langweilte Robert sehr. Er nahm einen Job als Reisebegleiter. So erkundete er halb Europa. Mit Rentnergruppen fuhr er nach Wien, liess sich in Moskau ablichten und schaute tanzenden Mädchen in Paris zu. Robert war schon immer sehr nett. Seine Schützlinge mochten ihn sehr.

In Venedig dachte Robert, der Job sei stupide. Er verliess die Reisegruppe an der Lagune. Mit einem Bus reiste er nach Nizza und dann nach Madrid. Hier traf er kurz Adrian. Robert kannte Adrian noch von der Sache in Cleveland, Ohio. Adrian freute sich sehr. Sie gingen kurz in die Bar PABLO PICASSO was trinken und besprachen alte Zeiten. Es war ein kurzer Besuch. Denn die spanische Polizei suchte überall nach ETA Terroristen. Sie verdächtigte alle und  jeden. Robert fühlte sich unwohl. Und auch weil er Angst hatte, erkannt zu werden. Er besorgte sich falsche Papiere und verliess Madrid mit dem nächsten Flieger. 

In London nahm er Kontakt zu John Davoy, dem bekannten Gesichtschirurgen. Schon länger dachte Robert über eine Gesichtsoperation nach. „Es lässt sich machen“ – sagte Davoy, dessen Eltern 1956 aus Indien nach England kamen auf Suche nach Arbeit. Davoy konnte es ihnen nicht verzeihen. Er hasste Gross Britannien wie die Pest. Alle Terroristen der Welt vertrauten ihm. Sie wussten. Er würde sie nicht verraten. Auch Robert war sich sicher.

In London erreichte ihn eine Nachricht aus Berlin. Man habe seine Wohnung durchsucht. Er sei in Gefahr. Robert wusste was zu tun ist. Er hatte keine andere Wahl. Jahrelange Erfahrung hat ihn erhärtet. Da er Geld brauchte, überfiel er die North Amerriccan Global Bank in London. Mit der Beute flog Robert über Prag und Budapest nach Teheran. Von dort fuhr er mit einem kleinem Auto Richtung China und verschwand für einige Zeit von der Bildfläche. 

Es war der 17.05.2005 und niemand konnte sagen, wo er sich befindet. Der Mossad berichtete Roberts Spuren in Syrien gesichtet zu haben. Die CIA schickte Truppen nach Kuwait um von dort gegen Robert zu operieren. Man versuchte seine Geldoperationen zu verfolgen und sein Handy anzuzapfen. Vergeblich. Gleichzeitig nutzte der BND seine stets guten Kontakte zu Bagdad um an Informationen über Robert ranzukommen. Man vermutete ihn in Afghanistan oder Pakistan. Wobei man nicht sicher war, ob Robert mit dortigen Terrorzellen Verbindung aufgenommen hatte. Es war eher unwahrscheinlich. Hingegen etliche Terrorspezialisten in etlichen Frühstückssendungen und Guten-Morgen–Programmen etlicher Fernsehkanäle behaupteten, Robert sei in Wahrheit in Indonesien, auf den Philippinen oder in China. 

Derweil verbrachte Robert seine Zeit in Cape Town. Er erholte sich nur langsam von seiner Gesichtsoperation und dachte darüber nach, sich niederzulassen. Er studierte Immobilienkataloge. Er hatte es satt immer auf der Flucht zu sein. 

In Cape Town lernte Robert Janina kennen, ein junges Mädchen aus den Slums Johannesburgs auf der Suche nach sich selbst. Janina war immer in Eile. Sie hastete von Job zu Job und vom Abenteuer ins Abenteuer. Nachts beobachteten sie die Sterne von Roberts Apartment aus. Und an guten Tagen glaubte Robert die Antarktis sehen zu können. Weit, hinter dem Horizont. 

Janina liebte Robert sehr. Sie sagte, er sei ihr einziger Halt. Eines Tages, nachdem sie sich geliebt haben, hielt sie seine Hand, schaute ihm in die Augen und fragte: „Sag mir, wer bin ich? Wer bin ich wirklich?.“ „Niemand.“ – antwortete Robert ernst – „Es gibt Dich gar nicht. Du bist nur ein Hauch der Zivilisation.“ Janina verstand es nicht. Sie wurde sauer und nannte Robert einen „Spinner.“ 

Nach 3 Monaten war Robert wieder fit . Er verliess Janina und flog nach Zürich. Hier löste er seine Konten auf. Er wusste, was zu tun ist. Doch bevor er es tat, wollte er es noch einmal erleben. Er wollte noch einmal seine geliebte Wüste sehen. Sie in sich spüren. Sie anfassen und berühren. Er reiste nach Kairo und von dort auf einem Kamel ostwärts. Richtung Libyen. 

Der 21 September war ein schöner Tag. Der schönste in Ägypten. Der warme Wind vom Westen strich leicht über Roberts Haar. Ein Insekt brummte in der Nähe. Dann flog er weg. Man hörte NICHTS. Robert spürte es. Die Wüste. Sie durchdrang seinen Leib. Brach in ihn hinein. Nahm ihn mit sich und trug weg. Robert bewegte sich nicht. nur der leichte Wind berührte behutsam die Enden seiner Armhärchen. Er war ruhig. Vollkommen ruhig. 

Die Schüsse kamen plötzlich. Sie trafen Robert direkt ins Herz. Zwei weitere in sein Kopf. Er war sofort tot. Sein Körper lag ausgestreckt. Nur die kleinen Photonen von der Sonne kommend durchrasten ihn mit Lichtgeschwindigkeit. Man sagt, sie sind Materie und Welle in einem. Robert konnte es nicht mehr feststellen. Die Photonen flogen weiter in die Tiefen des Weltraums.

Danach passierte nichts.

Der Kapitalismus hörte auf zu existieren. 

On animals. And a book. And ideas

On animals. And a book. And ideas

In one of his final interviews, Latour discussed how our perception of reality should change. Instead of viewing objects, dead things, or letterboxes, we should view animals, bacteria, nature, and networks as integral parts of the world, embedded in objects.

1. Literature Where do we begin when it comes to drawing attention to animals? There are numerous animal films and even more books about them. The challenge, however, lies in how we observe animals and interact with them. Essentially, all animal stories can be classified into two categories. Some merely observe the life of animals, similar to how Husserl observed letterboxes. This approach objectifies animals and maintains the phenomenological boundary. The other category of animal stories tries to humanize animals by attributing human characteristics to them, which can lead to the same conundrum that Davidson faced when he pondered whether dogs can think. In reality, they can, but the answer depends more on how we define ‘thinking’ than on the dogs themselves.

2. Texts

We could try to learn a “new language” to express ourselves better. However, this approach seems artificial and ineffective because learning new words alone doesn’t necessarily lead to new perspectives. What we need is a shift in our viewpoint. The author of a collection of short stories about her dogs has found an ideal way to interact with her pets. She doesn’t treat them as humans or objects, but rather engages with them and describes those interactions using simple, yet effective words. These words are not fancy or unfamiliar, but they capture the essence of her experiences with her furry companions.

3. The Impression

Joanna KraiÅ„ska-Smith found a form that was exactly what Latour was looking for, and it’s where the network starts. These texts are easy to read and have an interesting message due to their everydayness, lightness, and interaction. Additionally, dogs have personalities just like any other living being, despite what Davidson suggests. However, Joanna’s description makes them come to life in an effortless way.

The best Christmas presents come after Christmas. Here’s (external link) a tip. A little book to think about.

Landscape Manufacturer

Landscape Manufacturer

Text ©by Yuki K.
Pics ©by Zenvampires Collective

…das Messer gründlich. Nein. Keiner wird was gesehen haben. Nein. Björn warf einen kurzen Blick auf Annika. Sie sagte kein Wort. Sie blutete ein wenig. Nein. Es war Schminke am Mund. Keiner wird etwas gehört haben. Annika schaute weg, der Vorgarten musste gemacht werden. Nach all de…

Schüsse dann. Plötzlich in der Nacht. Und keiner hat ihr Ziel verfehlt. Schüsse dann. Und niemand hat etwas gehört. Es regnete damals, der Vorgarten musste gemacht werden. 

…ürte ihn gar nicht, jetzt nicht und später auch nicht, sie wusste, wie eine Frau die Lippen zusammen beissen muss, sie wusste, wie sie sich verhalten muss, sie wusste, dass Kinder in die Schule gebracht werden müssen und dass der Vorgarten gemacht werden muss, Laub kam immer wieder von den Bäumen runter, die Hecke musste geschnitten werden, das alles war wichtiger im Leben, in der gesamten Situation, es gab jetzt kein Entkommen mehr, der Vorgarten musste gemacht werden…

die Hand, nur die Hand blieb ihr übrig…

„Die Fassade muss jetzt gemacht werden.“
„Dafür ist jetzt nicht die Zeit“
„Dafür muss immer Zeit sein, du weisst wo wir hier sind“

…erst später das Messer. Annika wusste, das ist ihre letzte Chance und bohrte es in seinen Rücken.

Maygloeckchen2

Maygloeckchen

©by Yuki K

Today we present the second part of the texts from the “Maygloeckchen” series by Yuki K.
Yuki K. is a musician and author from Hamburg.

Ein Rasenmäher.

Ein Rasenmäher ist eine wirklich gute Sache. Es ist sehr einfach zu bedienen und man hat einen enormen Zeitvorteil. Mittlerweile gibt es Rasenmäher, dessen Messer umstellbar sind. Solche Rasenmäher mähen den Rasen in einer gewünschten Höhe. Es ist nicht nur sehr nützlich für den Rasen, sondern ein solcher Rasen spricht unser Auge an.

WAS WueNSCHST DU DIR? NUR WENN DU DEINE WueNSCHE PRAEZISE DEFINIEREN KANNST WIRST DU ES BEKOMMEN!

LOOSER

Eigentlich kann jeder Mensch ruhig ein Looser sein. Man sollte sich wirklich dafür nicht schämen. Es ist nur die Frage nach der politischen Einstellung dem politisch-wirtschaftlichem System gegenüber. Und wenn die Einstellung halt negativ ist, nimmt man an diesem System nicht teil. Es ist aber so, dass die Mehrheit der Menschen an diesem System bewusst oder unbewusst teilnimmt. Mit anderen Worten ein Konsument ist. In der Theorie gibt es zwar eine Grenze zwischen dem Konsum und dem Nichtkonsum. Doch diese Grenze wurde in den letzten Jahren von der Industrie dahingehend überschritten, dass sie uns auch bei den nichtkonsumerablen Gütern (hierzu zählt man beispielsweise die Lebensmittel) zum Konsum hin bewogen hat. Das funktioniert sehr einfach, ist erfolgreich und lässt sich am besten am Beispiel eines Erdbeerjoghurts sehr schnell darstellen. Ein Erdbeerjoghurt beinhaltet schon seit langem keine Erdbeeren mehr, sondern Geschmacksverstärker, die dem Konsumenten das Gefühl geben Erdbeeren zu essen.

Was hat das mit dem Looser zu tun? Das ist sehr einfach. Seit ´dem die Grenze zwischen Konsum und Nichtkonsum überschritten wurde, gibt es eigentlich keine möglichen Positionen außerhalb des Systems. Die gesamte Menschheit nimmt am Konsum teil. Die Frage ist eben bewusst oder unbewusst. Der alte Looser also mutiert zu einem Konsumenten, der in Wirklichkeit die Binnennachfrage und so auch die Wirtschaft mit seinem – zugegeben – etwas eigenwilligen Konsumverhalten ankurbelt und ist auch somit zu einem wichtigen Mitglied der Konsumgesellschaft geworden.

Maygloeckchen

GEHE IN DICH ENTSPANNE DICH MACHE DIE AUGEN ZU JETZT VERSUCHE NICHT ZU DENKEN STELL DIR ETWAS SCHÖNES VOR SPÜRE DEINEN ATEM ER IST WIRKLICH WICHTIG ENTSPANNE DENKE AN NICHTS DER BAUM IST IN DEINER HAND DU KANNST ALLES DAMIT MACHEN SEI BEHUTSAM MIT DIR SELBST

OEDYPA FRAGT SICH ÃœBER DIE WELT

das leben einer modernen mutter ist wirklich schwierig. sie muss an alles denken: wie wird mein mann gelaunt sein? was wollen meine kinder essen? werde ich es noch schaffen? oh gott, ich habe noch einen friseurtermin heute und den darf ich wirklich nicht verpassen! kommende woche habe ich wirklich keine zeit und dann muss JAN noch zur klassenreise und meine mutter hat geburtstag, das hätte ich ganz vergessen.

Oedypa legte „Brigitte“ bei Seite und dachte darüber nach. Erst jetzt bemerkte sie einen Brief in fremder Schrift:

Es war… Schock, den sie verspürte.

Sie scheute sich um, doch konnte sie keine Zeichen entdecken. IHR MANN WAR WEG! Und sie wusste wirklich nicht was sie machen solle in dieser Situation.

Erst nach drei Tagen konnte Oedypa das Problem fassen. Niemand hat sich bei ihr gemeldet und niemand hat irgendwelche Forderungen gestellt.

„Terroristen“ – sagte der zuständige Piolizeiinspektor. Aber Oedypa konnte es nicht glauben.

Erst nach weiteren fünf Tagen. Als sie den Kopf ihres geliebten Mannes per Post in einem klienen Paket bekam. Erst dann glaubte sie es wirklich.

Text: Yuki K.
Pics: Zenvampires, DALL•E

Suburbs

Suburbs

Text ©by Yuki K.
Pics ©by Zenvampires Collective

We proudly present a new text by Yuki K. The text is part of a longer… short story. Yuki says he wrote it as an online project. But the page is no more online. And also the whole text should be composed new. So… We get a sneak peek of a larger text about german suburbs.

Weiße Billy Regale neben einem rot – blauen Rothko. Und erstaunlich viel gelbe Bücher. Annika hat sie alle nach Farben sortiert: von hell, fast silbern über hellblau, rot bis dunkellila und grün, aber sehr dunkel, fast schwarz und sehr viel gelb. Sie machte die Augen zu. Unter dem Bild passend ein James Stuhl, der kleine, sie zog es ein wenig weg. Aber dann konnte sie sich nicht mehr an sein Gesicht erinnern. Björn.

Unbekannte Täter haben letzte Nacht den Ortsschild entwendet und an den Einfahrten jeweils durch ein anderes, mit der Aufschrift “Willkommen im Menschenpark” ersetzt.
“Wir waren alle sehr betrübt, wer würde so etwas machen.” – sagte der Bürgermeister. Die Polizei fahndet intensiv nach den möglichen Tätern, die sie in der pinneberger Klimakleberszene vermutet. “Allerdings” – sagte Polizeimeister Müller – “rechnen wir mit weiteren Taten”. Es stellt sich heraus, dass die Gewalt auch aus Pinneberg auf Hasloh überschwappt.
HERZLICH WILLKOMMEN IM MENSCHENPARK.

Ein Blitz. Dann das dunkle, dass sich wie Tod verbreitete. Jörg schaute nur ganz kurz aus dem Fenster. Nichts. Felder. Bäume. Das ewig leise Summen der breiten Autobahn. Nein. Noch ein Blitz. Die Autobahn schwieg. Tausend Seelen. Verlaufen, verletzt, verfault. Dann machte er das Fenster zu. Und die Welt war wieder in Ordnung.

“Ich hatte Angst” – sagte Annika leise.
“Nein, es ist ganz normal” – entgegnete Björn.

Weiße Billy Regale.

Und vielleicht noch ein Kamin.

Und die Stille. Wenn nichts mehr passiert.

Cookie Consent mit Real Cookie Banner