Każdą lekcję rozpoczynał od odpytywania kogoś na stopień przy tablicy. Wszyscy przed tym trzęśli portkami. Albo sukienkami. Bo nawet ci, którzy całkiem nieźle sobie z tą chemią radzili, wymiękali, kiedy ciskał w nich, niczym przystrojony w kolorową spódniczkę z piór wojownik z buszu, dzidą. To znaczy niespodziewanym poleceniem. Zwykle wyglądało to tak: “Pazdro, numer 134. Odpowiedź proszę.” To wszystko, co mówił. Żadnych wyjaśnień. Każdy wiedział, że chodzi o zbiór zadań z chemii, którego autorem było jakiś Pazdro. Po kilku latach nieustannego wałkowania, cała klasa znała te zadania niemal na pamięć. Ale żeby pamiętać, jaka była treść tego akurat zadania, numer 128? I nie pomylić go z zadaniem numer 127 albo 129? To już mało kto potrafił. Dlatego wszyscy się modlili, żeby na nich nie padło. Chemik dobrze o tym wiedział, dlatego przeciągał tę chwilę, cieszył się ich strachem. Jak Dżugaszwili, syn Wissariona, na posiedzeniu komitetu bezpieczeństwa. Świr jeden. Teatralnym krokiem szedł między rzędami od tyłu klasy ku przodowi i mówił: A dziś do odpowiedzi pójdziesz – powtarzał, ale na nikogo na razie nie wskazywał. Napięcie rosło. Aż w pewnym momencie robił zwrot przez lewy albo prawy bark i strzelał palcem w jakąś nieszczęśniczkę. Albo nieszczęśnika. To znaczy gwałtownym gestem wyrzucał przed siebie rękę w wyciągniętym palcem wskazującym. No i raz tak się zdarzyło, że przesadził. Źle oszacował odległość i wetknął ten swój wstrętny paluch jednej z dziewczyn w oko. Tej najwyższej z nas.
Wszystko to w jednej chwili stanęło jej przed oczyma, kiedy szła przez ciemny pokój ku drzwiom. Na koniec przypomniała sobie to, co ten mężczyzna we śnie, podobny do jej nauczyciela, pisał na tablicy. Chwilę przedtem, zanim symbole chemiczne zmieniły się w słowny komunikat. W tamtej, sennej rzeczywistości, widziała wzór dokładnie, rozpisaną na atomy strukturę, ale nie potrafiła go rozpoznać. Teraz, choć samego wzoru już nie widziała, wiedziała, o co w nim chodziło – o płyn Lugola. Po awarii reaktora w Czarnobylu w 1986 roku nazywany przez dzieci radziecką coca-colą. Bo gorzki w smaku. I co, od tego się taka mokra zrobiła? Możliwe, bo nawet teraz wpadła w panikę, przypominając sobie tamte czasy. Tamten strach. Albo wcześniejszy. Strach, który towarzyszył jej narodzinom. Bo przyszła na świat w listopadzie 1962 roku. W decydującym momencie kryzysu kubańskiego. Kiedy świat od zagłady dzieliła chwila tak krótka, jak czas potrzebny na to, by pociągnąć za wajchę. Nacisnąć włącznik. Guzik uwalniający rakietę z ładunkiem jądrowym.